142% rozgrywki na meksykańskiej granicy (czyli o gamebuildingu)

Uwaga! Poniższy wpis jest głównie relacją z dziwnej rozgrywki i jest jawną zachętą do stosowania ekstremalnych modyfikacji zasad i zawiera kulinarny offtop 😉 Czytacie na własne ryzyko.

Spotkaliśmy się większą grupą “na granie” – wszyscy zdolni do kwestionowania zasad, pytania “ale dlaczego tak jest?” i analizowania niektórych szczegółów. Było kilka epickich rozgrywek jak Trajan w wersji z pierniczkami, bezami i chlebem w kształcie wilkora. Była uaktualniona Czerwona Rtęć, gdzie Betty okazywała się Igorem (co na to gender?)… ale nic nie pokona partyjki Hart an der Grenze…

 Hart an der Grenze – “symulacja” granicy szalonego Meksyku ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Klimat prowadzi do niesamowitego upału panującego dookoła. Budynki straży granicznej dalekie od funkcjonalnych siedzib naszego ZUS, grupka turystów zmęczona długotrwałym dostępem do taniego meksykańskiego alkoholu dociera na granicę… Każda runda zaczyna się podobnie – jeden z graczy pełni rolę celnika, a pozostali formują grupkę delikwentów mających w walizkach sombrero, marakasy i gliniane dzbanki… i absolutnie nie wiedzą nic o tequili, cygarach i cennych statuetkach. Dochodzi do rozmowy, gracze deklarują liczbę kart oraz rodzaj jednego (legalnego) towaru, który mają w walizce. Oczywiście pojawiają się pytania – “a co pan ma w dzbanku? Tequilę?” lub “a to drugie sombrero to dla żony?”. Następnie celnik wybiera sobie turystę i mówi, że chce sprawdzić jego walizkę. Kolejna “indywidualna rozmowa” z użyciem mniej lub bardziej wyszukanych argumentów. Turysta wie, że to i owo nielegalnego mogło “zapodziać się” w jego walizce więc argumenty przybierają postać banknotów z coraz to wyższymi nominałami. Ostatecznie celnik odchodzi z pełniejszą kieszenią lub walizka jest sprawdzana (są kary za nielegalne dobra). Poza autorytetem celnik ma również możliwość wykonania drugiej kontroli lub użycia “lepkiej łapki”… i to jest dobra chwila, aby Was poprosić o zamknięcie oczu na klka sekund i wyobrażenie sobie emocji towarzyszących rozgrywce w kłótliwym gronie…

… a teraz wiadro zimnej wody. Po 1/3 rozgrywki padło niewinne pytanie o jakiś szczegół. Zaglądam do instrukcji i okazuje się, że tak zapamiętane z poprzednich rozgrywek zasady tylko luźno pokrywają się z właściwymi. W poprawnych nie ma rozmów, dyskusji, argumentów. Graczy w ustalonej kolejności pyta się o zawartość walizek. Informacja podawana przez gracza jest krótka i sformalizowana. Celnik wybiera. Krótka aukcja. Decyzja. Następny. Zaczynamy więc grę od nowa… mija tak 1/12 rozgrywki i spojrzenia mówią same za siebie…

oryginalne zasady są do bani. Co to kurcze jest? Symulacja granicy Prus z Unią Europejską? Emocje bogate i soczyste jak liść sałaty po miesiącu w lodówce. Po różnych przymiarkach wymyśliliśmy złoty środek między czasem rozgrywki i klimatycznością. Każdy z graczy deklaruje zawartość walizki i podaje celnikowi paszport. Paszport jak to paszport (mieliśmy instrukcje z Gipfów)… ale co w środku może taki celnik znaleźć? Na przykład trafiają się zapodziane banknoty. Celnik oddaje paszporty graczom pozbawione pieniędzy, ale zostawia sobie jednego delikwenta celem zrewidowania jego walizki. I z nim prowadzi już swobodną rozmowę. “A czy patrzył Pan na następną stronę? tam też są pieczątki do sprawdzenia”. “Ja w tym paszporcie nie widzę należytego szacunku”. Przyznam, że stworzyliśmy całkiem zgrabną grę, w której wszyscy się odnaleźli i z przyjemnością rozegrali całą partię.

Czy to są domowe zasady? Troszkę dalej poszliśmy. Kiedy mówię “domowe zasady” to myślę o podkręceniu jednego lub dwóch parametrów, aby doszlifować ogólnie dobrą grę. We “Wsiąść do pociągu” we dwie osoby gram z dodatkowymi wagonikami i mniejszą liczbą stacji – bo jest dużo fajniej. Pomimo zmiany dosyć istotnych parametrów nie wywracamy mechaniki do góry nogami. W Hart an der Grenze wywróciliśmy. Dodaliśmy “paszporty” – porównując do oryginalnej to nowa instrukcja wydłużyłaby się po połowę. To już nie jest drobny tuning – to wklejenie bardzo nietypowej mechaniki do prostej gry. Chciałbym podkreślić jednak to, co bardzo uprościłem i zawarłem w zdaniu – “po różnych przymiarkach wymyśliliśmy”. Ten proces, który się wtedy odbył jest czymś bardzo istotnym. Dla mnie to jest “coś” na miarę poznania pierwszego tytułu z deckbuildingiem. Pamiętam, że pierwszą myślą było – ale jak to? Każda rozgrywka będzie tak bardzo się różnić i ktoś gwarantuje, że 10 losowo wybranych rodzajów kart opartych o wspólna szczątkową mechanikę jakoś się zazębi i stworzy pełnoprawną “grę”. Zamiast jednej gry o danej nazwie będziemy mieli zbiór gier pod wspólną etykietką “Dominion”. Troszkę się zestarzałem, ale wtedy emocje wróciły i poczułem się w pewnym sensie małym Reinerem Knizia… odkryłem gamebuilding. Dostaliśmy pewien zbiór elementów, oryginalne zasady… i zrobiliśmy z nimi to, co dzieci robią z radami rodziców.

Reiner Knizia. Nie bez powodu o nim wspomniałem. Jakiś czas temu krążyła plotka, że Reiner tworzy swoje liczne gry rzucając kośćmi i tak ustala, czy w najnowszym tytule będą kości / karty / żetony / pionki, a następnie rzuca, aby ustalić podstawową mechanikę. Niektórzy twierdzą, że istnieje trzeci rzut o tematykę. Plotka? Otóż nie do końca! Niektórzy autorzy przyznają się, że czasami dosłownie losują “grę początkową” – jej elementy i podstawową mechanikę. Ostateczny produkt zwykle bardzo mocno się różni, ale od czegoś trzeba zacząć. Ja zwykle nie czuję potrzeby wykorzystania gry jako worka elementów o jednolitym wyglądzie. Zwykle staram się docenić, że zauważalny procent ceny gry to gwarancja autora, że daje nam kompletną rozgrywkę od zasad przez dopracowane współczynniki aż po ładne kostki. Mocne modyfikacje zostawiam innym – niech je opracują, doszlifują, a ja się zastanowię czy ich użyć. Jednak ta sesja game buildingu mi się bardzo spodobała. Obawiam się, że po tak przyjemnym doświadczeniu zacznę coraz częściej próbować tworzyć gry pochodne. Nie planuję wydać własnej gry, ale pamiętam, że nie raz po partyjce w ten czy inny tytuł myślałem “a ja bym to zrobił inaczej”. Grając w Dixit naturalnie nasuwa się myśl – a gdyby móc podawać skojarzenia tylko z wybranej dziedziny? na przykład podając nazwy deserów? Im gra bardziej otwarta tym łatwiej podsuwa mi takie myśli. Nie czuje się wyjątkowo, wiem, że prawie każdy, kto łyknął planszówkowego bakcyla co jakiś czas myśli nad stworzeniem własnej planszówki. To naprawdę wyjątkowa cecha naszego hobby – oglądanie filmów, czy słuchanie muzyki zwykle nie motywują do stworzenia czegoś nowego w danej dziedzinie. Gry czasami wyzwalają szał twórczy… i różne rzeczy mogą z tego wyniknąć…

Muffinbuilding – Muffiny piwne

Na koniec obiecany offtop (redaktorów naczelnych uspokajam – offtopów nie planuję za często). Uzasadnień jego umieszczenia jest kilka…

  • piwo dobrze pasuje do planszówek, a piwo, które nie może się rozlać na planszę pasuje wyjątkowo
  • tak jak w gamebuildingu mamy tutaj dobry przykład przemielenia oryginalnych zasad
  • zbliża się świętego Walentego – patrona zakochanych i ciężkich chorób (a różnie o naszym hobby mawiają). Więc my niby jak zwykle czytamy o naszym przedmiocie uzależnienia… a tu proszę cyk cyk i jest niespodzianka dla drugiej połówki
  • może i offtop, ale znacząco podnosi wartość merytoryczną wpisu 😉

Oryginał przepis to Muffinki z Coca-colą… ale podmieniłem napój gazowany na szlachetniejszy, zwiększyłem ilość składników… i oto jest przepis – piwno-kulinarne doświadczenie dla 2 do 6 osób, czyli 12 muffinek prostych jak barszcz z torebki.

W jednej misce mieszamy dokładnie suche składniki:

  • 360g mąki pszennej
  • 3 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 180g cukru (używam trzcinowego, ale zwykły będzie ok)
  • szczypta soli

W drugiej misce mieszamy mokre:

  • 225ml piwa
  • 150ml oleju
  • 3 jajka (bez skorupek 😛 )

Łączymy mniej więcej suche z mokrymi, wkładamy do foremki na muffinki i wrzucamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na około 25 minut. Po dokładne know how odsyłam do oryginalnego przepisu… . Wspomnę tylko o piwie – testowałem na kilku. Najlepiej wyszły na tych stosunkowo intensywnych w smaku – na Pszeniczniaku, na Dynamicie (Pumpkin Ale), na Staropramen Granat. Odpuście sobie lagery i pilsnery, mają bardzo delikatny smak i zdecydowanie lepsze są do gaszenia pragnienia niż do wypieków.

.. a jeżeli jednak nie czujecie się na siłach do eksperymentów w kuchni to poproście drugą połówkę 😉

  • Ha – te muffinki muszę spróbować 😀 Takie offtopy jak dla mnie mogą być 🙂
    A co do zmian w zasadach – ja jestem zdania że jeżeli każdy się na to zgadza, to może robić w swoim gronie co mu się żywnie podoba 😉 Taka zasada działa nie tylko przy grach planszowych 😛

  • Kuba Polkowski

    Ja mogę tylko potwierdzić, że muffinki wyborne 🙂
    A co do zmian w zasadach – to gry są dla nas, a nie my dla nich. Ja do Euphorii na oryginalnych zasadach bym nie siadł, a dzięki dwóm „zapomnieniom” przy tłumaczeniu zasad zrobiło się z tego cacuszko. Bawmy się grami, khaox ma zupełną rację!

    • Jan Madejski

      A co się „zapomniało”? 😀 Będzie recenzja na GF?

      • Kuba Polkowski

        W sumie mogę zrecenzować, ale za chwilkę, bo grałem póki co tylko dwa razy, wolałbym choć po razie w każdej konfiguracji.

        Zapomniało się o:
        1. Handlu między graczami – w „naszej” dystopii nie było o tym mowy (i nikt nawet na to nie wpadł)
        2. Dwa identyczne artefakty zastępują trzy dowolne.
        3. (ha! oczywiście 3 a nie dwie zapomniane zasady) Wyrzucenie identycznych wyników nie uprawniało do podwójnego ruchu.

        Boję się, że bez tych zmian blisko byłoby Euphorii do pięknie wykonanych Osadników z Catanu. To ograniczenie losowości (te 3 zmiany) dały pięknie wykonane, trudne i głębokie wyścigowe euro.

  • Pingback: GRY PLANSZOWE W PIGUŁCE #306 - Board Times - gry planszowe to nasza pasja()